Proszę
o siłę, zdrowie i wiarę
Rozmowa
z Urszulą Jaworską
Urszula Jaworska jest pierwszą
Polką, która w 1997 roku poddała się zabiegowi przeszczepu szpiku kostnego od
niespokrewnionego dawcy. Udowodniła, że białaczkę można pokonać. Od kilkunastu
lat walczy o każdego pacjenta cierpiącego na nowotwór krwi. Stworzyła Fundację
niosącą pomoc chorym ludziom, a także Rejestr Dawców Szpiku Kostnego.
Zawsze zadziwia mnie Twoja radość życia.
A co w tym dziwnego? Otrzymałam
najcenniejszy dar – życie. Na koniec każdego dnia robię rachunek sumienia, chcę
wiedzieć, że nie zmarnowałam ani chwili. Trzeba doceniać, to co się ma, a nie
narzekać.
Dla każdego kto słyszy diagnozę „białaczka” to
wstrząs. A jak było z Tobą? Od razu ruszyłaś do walki i wierzyłaś w wygraną?
To był październik 1994 roku. Pierwsza
wiadomość… Nie wiedziałam, czy dotyczy mnie, czy kogoś z bliskich, wiedziałam
tylko, że szybko mam wracać do domu. Pracowałam wówczas w Szkole Baletowej. Nie
wyobrażasz sobie, co działo się w mojej głowie podczas drogi do domu. Kiedy
dotarłam, odetchnęłam z ulgą, bo chodziło o mnie. Wyniki badań krwi potwierdziły,
że mam białaczkę. Musiałam się pozbierać. Musiałam uwierzyć, że wygram dla 5-letniej
wówczas córki i męża, który - gdybym odeszła- poszedłby zaraz za mną. Teraz wiedziałabym,
co robić. Wtedy zadziałał instynkt samozachowawczy i nie zawiódł mnie.
Twoi bliscy otoczyli Cię wówczas wiarą i
miłością, co pomagało Tobie przejść przez najtrudniejsze chwile. Czy dlatego
zdecydowałaś się tworzyć grupy wsparcia dla osób chorych na nowotwory i dla ich
bliskich?
Myślę, że tak, choć nigdy się nie
zastanawiałam się, z jakiego powodu to robię. Pomagałam chorym i ich rodzinom, ale
ciągle ta pomoc wydawała mi się zbyt mała, czułam niedosyt no i wymyśliłam
program, zdobyłam grant z Amerykańskiej Fundacji (jako druga organizacja w
Europie). Nie ukrywam, że byłam pełna obaw. Bałam się, czy eksperci będą
chcieli spotykać się z chorymi i rodzinami, odpowiadać na ich pytania. Byłam
przekonana, że pacjenci będą walić na spotkania drzwiami i oknami, że z
zaproszeniem ekspertów będę miała problem. Stało się dokładnie odwrotnie.
Eksperci przyklasnęli mojemu pomysłowi, byli chętni do współpracy. To pacjentów
trzeba było siłą namawiać na spotkania, szczególnie te pierwsze. Na szczęście ta
nieufność szybko została przełamana i na kolejne spotkania przychodziło coraz
więcej osób.
Uśmiechasz się, masz masę energii. Jak to
robisz?
Już na początku działalności
Fundacji, w pierwszych dniach przez nasze 30-metrowe mieszkanie przewijało się
wiele osób - dziennikarzy, pacjentów, rodzin pacjentów. Jakąż ja miałam traumę
przed kamerą, dziennikarzem, mikrofonem. Pamiętaj, że byłam jeszcze bardzo
słaba po ciężkim przeszczepie, potrzebowałam, spokoju, wyciszenia, miałam
znikomą odporność. Mąż, widząc co się po takim spotkaniu ze mną dzieje,
kategorycznie postanowił: albo nauczysz się radzić z emocjami, albo zamykamy
Fundację. To była ciężka praca nad samą sobą. Musiałam nauczyć się
przezwyciężać własne słabości, by móc pomagać innym. Gdybym się załamywała, bo
ktoś odszedł, bo się nie udało temu, który liczył na mnie, sama potrzebowałabym
pomocy i nie mogłabym być wsparciem dla innych. Te dzieciaki, które odwiedzamy
w szpitalach, dla których organizujemy ciekawe projekty, nie mają widzieć
naszych smutnych twarzy, troski. To mają na co dzień. Jeśli decydujemy się do
nich chodzić, to musimy okazywać im radość, życzliwość i wiarę.
Twoja Fundacja to rodzinna działalność. Czy przynoszenie
do domu problemów Fundacji nie przeszkadza w życiu rodzinnym, nie tworzy
konfliktów?
Na początku nie było łatwo,
wszystko działo się w domu. Od rana wszyscy na baczność, dom na błysk, żadnych
ciuchów, brudnych naczyń. Siłą rzeczy spięcia były. Trwało to 3 lata. Córka
zdezorientowana, bo rodzice niby w domu, a ciągle w pracy. Było podkradanie od
niej zeszytów, długopisów, kartek, ołówków. Niejednokrotnie krzyczała, że
nienawidzi naszej Fundacji.
Potem było małe biuro przy ulicy,
przy której mieszkamy. 10 lat temu otrzymaliśmy od ówczesnego Prezydenta
Warszawy lokal, w którym dzisiaj mieści się Fundacja. Jego wygląd jest zasługą
mojego męża. Jestem pełna podziwu i szacunku dla niego.
Generalnie bycie ze sobą przez 13
lat i to prawie bez przerwy 24 godzimy na dobę, nie powinno nikomu wychodzić na
zdrowie. A nam wychodzi. Córka jest już dorosła, ma szacunek do tego co robimy.
Była wolontariuszką, organizowała zbiórki pieniędzy dla Fundacji.
Białaczka przerwała Twoją pracę z tańcem. Nie
marzyłaś o powrocie na scenę, do nauczania tańca młodych dziewcząt? Jak to jest,
gdy los zabiera nam możliwość robienia tego, co kochamy?
Z tańca zrezygnowałam 3 lata
wcześniej, po urodzeniu córki. Pracowałam wówczas w „Sabacie”. Tancerki oprócz
warsztatu muszą mieć wygląd, a mnie się wydawało, że po porodzie moje ciało nie
odpowiada standardom. Poza tym nie było już tak dużo wyjazdów zagranicznych, a
z tego głównie żyłyśmy. I wtedy zatrudniłam się w Szkole Baletowej, mojej
szkole. Pani dyrektor wysłała mnie na studia, pedagogikę baletu. To było dla
mnie ogromne wyróżnienie, radość i spełnienie. Od września 1994 byłam
przygotowywana przez panią profesor Hannę Chojnacką do pracy na jej miejsce. A
w październiku, diagnoza - białaczka i wszystko się rozsypało. Praca, palny,
marzenia bez żalu zeszły na dalszy plan. Rok po przeszczepie zastanawiałam się,
czy wrócić do szkoły, do Teatru Syrena (byłam kierownikiem baletu, choreografem).
Ale Fundacja okazała się ważniejsza. Jestem wdzięczna tym, którzy wtedy na mnie
czekali, czułam się potrzebna i ważna. Choroba mi tego nie zabrała. Zrozumieli
mój wybór.
Co robisz, gdy przepisy lub niewiedza ludzka
stają Ci na drodze, gdy wiesz, że można coś zrobić, ale jesteś bezradna wobec
np. biurokracji?
Ci, którzy wymyślają przepisy, są
nimi zachwyceni, a nie patrzą na to, że są one czasami kompletnie nieżyciowe. Pacjenta
interesuje tu i teraz, on nie widzi jutra, on trzyma się każdej sekundy życia.
Trzeba działać natychmiast. Właśnie moja Fundacja pokazuje jak i gdzie działać.
Przyjęłam jedną zasadę: nie pomagam tym, którzy o pomoc nie proszą, nie wolno
się im narzucać. Ale trzeba z nimi być, chory musi mieć świadomość, że jest
ktoś, kto czeka, by mu pomóc. I tu jest moje miejsce.
Kiedyś byłam bojowniczką,
buntowniczką, tupałam nogami. Teraz, z wiekiem, przeszłam na dialog, argumenty.
Takie działanie jest skuteczniejsze. Staram się pomagać, współpracować z tymi,
którzy tej współpracy są warci.
A jaka prywatnie jest Ula Jaworska? O czym
marzysz, gdy siedzisz wieczorem zmęczona w fotelu?
Jestem leniwa, taki wilk
samotnik, małomówna. Nie jestem fanką spotkań, bankietów, imprez. Jeśli w domu jest
coś do zrobienia, robię wtedy, kiedy mam na to ochotę, a w międzyczasie mam
wyrzuty sumienia, że nie jest to zrobione.
Gdybyś mogła poprosić dobrą wróżkę o
spełnienie trzech życzeń, to jak by one brzmiały?
Wróżko, proszę o zdrowie, siłę i
wiarę dla najbliższych i dla tych, którzy mi dobrze życzą i………. dla tych którzy
źle też.
Dziękuję za rozmowę.
Marzanna Graff-Oszczepalińska